|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33 (antena)
12 630 60 00 (recepcja)
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Niezapomniana płyta z historii rocka: Saga "In Transit"

W dość odległej przeszłości, o mojej miłości do rocka decydowały głównie płyty studyjne. Oczywiście zachwycałem się także rejestracjami koncertowymi, ale moja nimi fascynacja, prawie zawsze dotyczyła jedynie tego, na ile materiał znany dotąd z krążków nagrywanych bez publiczności, można na żywo wykonać jeszcze lepiej, tj. spontaniczniej, energiczniej, a czasem nawet perfekcyjniej (tu najlepszym przykładem jest nieśmiertelny „Made In Japan” Deep Purple). Natomiast od „koncertówek” odstraszało mnie zazwyczaj to, że niemal zawsze były dużo gorzej nagrane niż te pierwsze. Skąd się to brało? No cóż, wszystko sprowadzało się do techniki. Raz - do dość marnych (wobec współczesnych) aparatur nagłośniających, dwa - do kiepskiej akustyki sal, trzy – do nie najlepszych jeszcze wtedy mikrofonów, cztery - do niedoskonałości stołów mikserskich i wreszcie pięć – do archaiczności ówczesnych urządzeń rejestrujących, czyli magnetofonów i magnetowidów (m.in. kwestia ich wielośladowości). Ten stan rzeczy trwał aż do przełomu siódmej i ósmej dekady ubiegłego wieku, bo mniej więcej wtedy zaczęto dokonywać pierwszych zapisów muzyki rozrywkowej za pomocą urządzeń cyfrowych. Korzystanie z tego sposobu nagrywania niwelowało szumy powstające na skutek używania taśm (w dodatku wzrastające wraz z każdym kolejnym miksem) i pozwalało na wychwycenie nawet najdrobniejszych dźwięków, a więc sprawiało, że muzyka nabierała nieosiągalnej wcześniej selektywności. Tu w ramach uczciwości wypada też dodać, że owe początkowe próby „zapamiętywania” rocka przez komputery, nie zawsze przynosiły satysfakcjonujący efekt, bo zdarzało się, iż powstające w ten sposób albumy (myślę o studyjnych) niekiedy były aż nazbyt sterylne. Wręcz nienaturalne. Natomiast jeśli idzie koncerty, to taki sposób ich zapisu doprowadził do nieprawdopodobnego zwiększenia wartości tego typu wydawnictw. Dziś - jeśli weźmie się pod uwagę fakt istnienia nie tylko nośników typu CD, ale także DVD i Blue-Ray - publikacje „live”, jakością zdecydowanie przewyższają te studyjne. No dobrze, już wystarczy, pora najwyższa wyjaśnić „co ma piernik do wiatraka” - czyli zdradzić dlaczego akurat teraz pozwoliłem sobie na tak rozległą dygresję. Otóż zrobiłem to, bo longplay który za chwilę omówię, jak podaje Internet, jest pierwszą w historii płytą koncertową zarejestrowaną całkowicie cyfrowo.

Po wydaniu w 1981 r. swojego czwartego albumu „Worlds Apart”, dzięki świetnemu jego przyjęciu, Saga rozpoczęła duże europejskie tournee, którego istotnym elementem był wielki spektakl dany 19 grudnia w ogromnej Dortmund Westfalen Halle dla 15 000 widzów. A co jeszcze ważniejsze, telewizyjną transmisję z owej imprezy obejrzało ponoć aż 27 milionów osób! Jak łatwo się domyśleć, sprawiło to, że popularność zespołu zaczęła wzrastać wręcz lawinowo. I tak na początku następnego roku występował on m.in. w Niemczech oraz Danii, a dawane wtedy koncerty były rejestrowane za pomocą 32-ścieżkowego rejestratora cyfrowego, który obsługiwał słynny (pomagał także m.in. grupom Scorpions, Accept, Tangerine Dream i Omedze) niemiecki realizator dźwięku - Dieter Dierks. Co też ważne, w okresie nagrywania materiału na longplay live (wydano go sierpniu jako „In Transit”), Saga, jako pierwsza kanadyjska formacja rockowa, wystąpiła za „żelazną kurtyną”, dając 14 lutego w Budapeszcie potężny koncert dla dziesięciotysięcznej publiczności. W tym też czasie, jednym z najbardziej ekscytujących elementów w jej show, stało się wykonywanie utworu „A Brief Case”. A niezwykłość owego fragmentu brała się stąd, że był on pojedynkiem na dwie perkusje elektroniczne, z których jedną, typową, obsługiwał Steve Negus (stały bębniarz Sagi), natomiast na drugiej, co ciekawe, wbudowanej w specjalną „teczkę”, grał wokalista formacji - Michael Sadler.

Umieszczam krążek w odtwarzaczu... „In Transit” mimo, że jest płytą zarejestrowaną cyfrowo, ma zaledwie 44-minut. Dlaczego tylko tyle? Ano dla tego, że mimo iż nagrywano ją już komputerowo, to pierwotnie była jeszcze powielana jak wszystkie inne ówczesne albumy, czyli poprzez proces tłoczenia w „asfalcie”. A ten - jak wiadomo - im miał dłuższy rowek tym był gorszej jakości i zazwyczaj bardziej trzeszczał.

Czas słuchania... Ladies and gentleman. Would You welcome... Saga! – po tym podkręcającym okrzyku jakiegoś konferansjera groźny pomruk syntezatora zaczyna otwierającą longplay kompozycje „Careful Where You Step”. Już po paru sekundach, słyszymy koncentrat stylu Kanadyjczyków. Szalenie precyzyjną grę sekcji rytmicznej (wspomniany już Negus i basista Jim Crichton), rozsypane pojedyncze i króciutkie piski syntezatorów (Jim Gilmour) oraz kąśliwe jęknięcia gitary (Ian Crichton). Brzmią tak perfekcyjnie, że wydaje się iż wszystko gra jeden, wieloręki multiinstrumentalista. Do tego jest jeszcze unoszący się nad tym pełni progresywnym tyglem charakterystyczny, dość wysoki głos Michaela Sadlera. W cztery minuty później Sadler krzyczy – „Don’t Be Late”. I znów lecą. Nieco więcej rozlewającego się syntezatora i miękkiego śpiewu. Mimo to, tu znów najważniejsza jest dokładność w sypaniu dźwięków. Trójką jest „Humble Stance”, czyli bardzo melodyjny, przebojowy i skoczny popis całego zespołu. W końcówce super sola! „Wind Him Up” (4) tak naprawdę różni się od 1, 2, i 3-ki tylko melodią. A ta tonie w aranżacji podobnej do poprzednich. Mechanika precyzyjna. Potem (dawna strona „B” analoga) lecą kolejno: świetne i odrobinę hard – „How Long”; delikatne (fortepian elektryczny i subtelny wokal) - „No Regres”, które jest piątą częścią 8-rozdziałowej (chapters), a podzielonej na cztery pierwsze płyty studyjne opowieści o życiu Alberta Einsteina; brawurowy (już wspomniany) perkusyjny debel – „A Brief Case”; podparte riffem gitary – „You’re Not Alone” i wreszcie finałowe, energetyczne „On The Loose”.      

 

 

Jerzy Skarżyński

100%
0%